sobota, 21 stycznia 2012

3. Zakazany Las

Przez pierwszą godzinę nie odzywaliśmy się do siebie. Tym lepiej dla mnie. Przynajmniej ze mnie nie szydził. Las był ciemny i ciut straszny a cisza mnie przerażała. Wsłuchiwałam się w kroki Malfoya i w pewnej chwili uświadomiłam sobie, że nie słyszę go. Odwróciłam się. Nie było go za mną. Nigdzie go nie było.
-Malfoy! - zawołałam, starając się utrzymać spokojny głos. Miałam ochotę zacząć wrzeszczeć. Jeszcze bym obudziła jakieś stworzenie. "Co się z nim stało?". A jak porwał go jakiś zwierz. Może jakbym była daleko od tego ciemnego lasu to bym powiedziała super i hura ale teraz go potrzebowałam. Rozglądnęłam się po okolicy i postanowiłam iść dalej.
-Malfoy? - szepnęłam - Malfoy! Odezwij się do cholery! - cisza. Nic. Przez to zamartwianie się, gdzie jest Malfoy zapomniałam o roślinie. "Ta noc będzie długa. Coś tak czuję" W pewnej chwili poczułam coś na ramieniu. Odskoczyłam i krzyknęłam ze strachu. Zaczęłam biec. Po drodze potknęłam się i upadłam. Różdżka wypadła mi z ręki. Światło, które dawała mi różdżka, zgasło. "Czy to mój koniec?!" To nie może się tak skończyć. Jakieś stworzenie stanęło nade mną. Byłam przerażona do granic możliwości. Nigdy tak się nie bałam a walczyłam ze śmierciożercami i stałam twarzą w twarz z Voldemortem. To ich powinnam się bać nie jakiegoś zwierzęcia, który mnie od razu zje. Prosiłam, żeby to nastąpiło szybko.
Usłyszałam cichutki syk i rozbłysło światło różdżki. A nad sobą zobaczyłam wybawiciela, księcia z bajki... Stop! Zobaczyłam Malfoya. Za bardzo poniosłam się fantazji. Malfoy wyciągnął w moją stronę dłoń. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami. W końcu kiedy chciałam podać mu swoją dłoń, on wybuchł śmiechem. Ah! Chciałam na niego wrzasnąć ale strach nie do końca jeszcze ze mnie uszedł. Ślizgon jakby się opamiętał i znów podał mi dłoń. Nie przyjęłam jej i sama wstałam, urażona.
-Mógłbyś mi powiedzieć coś ty robił? - wydarłam się na niego, szukając różdżki. Malfoy zaśmiał się i podał mi moją zgubę.
-Dzięki - rzuciłam i poszłam dalej.
-Bałaś się...
-Nie, nie bałam się.
-O mnie? - spytał, zadowolony z siebie. Starłam się nie zwracać na niego uwagi.
-Wiesz co? Miałam nadzieję, że jakiś zwierz cię pożarł. - przeszłam pod gałęziami, które zagradzały drogę. - A tu takie rozczarowanie. - w duchu dziękowałam, że jest obok mnie.
Szliśmy i szliśmy. Nie wiem ile minęło ale byłam już porządnie wykończona. Zasypiałam, idąc. A tego durnego kwiatu nigdzie nie było. Czy on w ogóle istniał? Może Snape zrobił to specjalnie...
Szłam za moim towarzyszem szlabanu, starając się nie potykać o własne nogi.
"Co mi się jeszcze przydarzy?" - pomyślałam i zaraz pożałowałam. Obok usłyszałam szelest liści i trzask łamanych gałęzi pod ciężarem ciała. Przysunęłam się do Malfoya, który patrzył uważnie w tamtą stronę. To coś było ogromne, bo trzęsły się liście na najwyższych drzewach. Nagle moim oczom ukazała się wielka Akromantula (pająk). Gdy nas zobaczył, ruszył na w naszą stronę. Ja nie zareagowałam ale zrobił to Malfoy.
-Avada Kedavra! - krzyknął a cielsko stwora padło. Pisnęłam.
-To po sprawie. - powiedział Malfoy ale to nie był koniec. Z wszystkich stron wyszły pająki. Przylgnęłam plecami do pleców Ślizgona.
-Drętwota - krzyknęłam ale to nie podziałało. - Petrificus Totalus*, Semptusempra! - nic nie działało.
-Musisz użyć Avada Kedavra - krzyknął Malfoy, między rzucaniem zaklęć.
-Ale tego nie wolno używać! - odpowiedziałam coraz bardziej panikując.
-Już! - krzyknął - Avada Kedavra! - zrobił jak kazał. Akromantula padła a ja odetchnęłam z ulgą. I to było za wcześnie. Tych stworów było mnóstwo. Rzucaliśmy zaklęcia ale ich było cały czas więcej. Machałam już różdżką we wszystkie strony.
-Musimy uciekać. - powiedział Malfoy.
-Jak?
-Avada Kedavra, teraz! - poczułam uścisk na dłoni. Ślizgon pociągnął mnie. Pobiegliśmy w stronę luki, między pająkami. Potykałam się co chwila a Malfoy wciąż mnie nie puszczał. Dziękowałam, że to on jest ze mną. No ale gdyby nie on, mnie by tu nie było. Uciekaliśmy najszybciej jak się dało a pająki nie dawały za wygraną. W pewnej chwili przewróciłam się tak, że wypuściłam dłoń Malfoya. Poczułam ból a potem krew spływającą po nodze. W głowie słyszałam nierówny rytm serca i szum krwi. Przed oczami pojawiły się plamy. Przede mną stanął pająk. Patrzył na mnie swoimi licznymi ślepiami i nagle padł martwy. Zamknęłam oczy.
-Idziemy - powiedział tuż obok, łagodny głos. Pozwoliłam się podnieść i wtedy, z trudem otworzyłam oczy. Draco Malfoy dalej tu był i wciąż mnie ratował. Wszystko stało się rozmazane. Patrzyłam ale nie widziałam. Opadłam jeszcze bardziej w jego ramionach, przytłoczona swoim własnym ciężarem. Nie potrafiłam nawet podnieść dłoni. Nagle zalała mnie całkowita ciemność.
Dopiero ocknęłam się, kiedy ktoś mnie położył pod drzewem a później zorientowałam się, że zostałam przeniesiona do jakiegoś pomieszczenia. Pamiętam jeszcze rozmazane, słabe światło i ciepło. Znów pogrążyłam się w ciemnościach.
   Obudziłam się jak zwykle, myśląc, że jeszcze wcześnie i nie czas do szkoły. Przewróciłam się na drugi bok. Przeszył mnie ból. Syknęłam. Przypomniałam sobie, co się stało wcześniej. Z trudem otworzyłam oczy. Tuż obok siebie zobaczyłam śpiącego Ślizgona. Na jego twarzy było pełno zadrapań ale był taki spokojny. Jakbym nie widziałam drwiącego na okrągło Malfoya, tylko... kogo? Chłopak otworzył oczy. Speszona, odwróciłam się. Znów poczułam ból, co nie przeszło jego uwadze.
-Nie ruszaj się gwałtownie bo rana się rozejdzie. - powiedział spokojnie. Cisza... Ja patrzyłam w sufit namiotu a on na mnie.
-Dzięki... - w końcu się odezwałam - że wróciłeś po mnie.


*Jest zaklęciem, które powoduje "zamrożenie" i pełne porażenie przeciwnika.


                                                                        ***
Eh.... nie dali mi skończyć notki do końca :P Wybaczcie, że w takim miejscu urwałam ale za to postaram się jutro dodać nową :D Z pozdrowieniami dla mojego kochanego Przyjaciela:*

sobota, 14 stycznia 2012

2. Szlaban z... Malfoyem!

-Co wy wyrabiacie na środku korytarza! - krzyknęła na nas McGonagall. Była zła i to sssstrzanie. - Do mojego gabinetu. I to już! - zerknęłam na Malfoya i posłusznie poszłam za profesorką. Ślizgon dołączył do mnie. W milczeniu przeszliśmy korytarze. W gabinecie stanęliśmy obok siebie a McGonagall siadła za biurkiem. Patrzyła na nas srogo, co nie wróżyło nic dobrego.
-Jest pierwszy dzień szkoły a wy już wszczynacie bójki. Jesteście w szóstej klasie i jaki dajecie przykład? Zawiodłam się na was, szczególnie na tobie Black. Myślałam, że wyrosłaś z tych wojen.
-Ale pani profesor... - zaczęłam ale uciszyła mnie ruchem ręki.
-Idę po profesora Snape'a. Ustalimy wam szlaban. - powiedziała i wyszła. Stałam wpatrzona w puste krzesło. "Szlaban? W pierwszy dzień!"
-Oj Black, Black... widocznie nie możesz żyć bez tych wojen ze mną. - powiedział Malfoy, rozbawiony. Nie spojrzałam na niego, mogło to grozić, że mu coś zrobię.
-Zamknij się Malfoy - powiedziałam przez zęby. Zaśmiał się a ja nie wytrzymałam. Zamachnęłam się, jednak on był szybszy. Chwycił mnie za rękę, spróbowałam drugą ale również zdążył mnie zatrzymać. Próbowałam się wyrwać, wkurzona na niego. A on tylko się uśmiechał.
-Spokojnie... jak przestaniesz się szarpać to cię puszczę.
-Oh, jaki ty dobry. - zaszydziłam ale przestałam się szamotać. Malfoy ostrożnie mnie puścił. Zdążyłam obrzucić go gniewnym spojrzeniem, gdy weszła McGonagall ze Snapem. Profesor przewierciła mnie wzrokiem i spojrzała na Ślizgona.
-Draco, jesteś prefectem, który nie powinien się tak zachowywać. - powiedział Snape. Malfoy był poważny i niewzruszony.
-Przedyskutowaliśmy po drodze, że będziecie mieć razem szlaban. Profesor Snape już nawet ma dla was zadanie. - powiedziała McGonagall i spojrzała na Snape'a.
-Potrzebny mi jest pewien kwiat, który znajduje się w Zakazanym Lesie. Waszym zadaniem będzie go odnaleźć. Jutro pokażę wam jak one wyglądają.
-Będziecie musieli popracować razem, szlaban w sam raz dla was. - powiedziała McGonagall i moja ostatnia nadzieja umarła.
-Ale to Zakazany Las...? - zaczęłam.
-Black, boisz się? - szepnął mi do ucha Malfoy. "Co za idiota!"
-Jutro wieczorem wyruszycie. Płomienne płatki najlepiej szuka się nocą bo wtedy kwiat błyszczy w ciemności. - "Noc! Zakazany Las! Malfoy i ja?! Paranoja!!!". My się prędzej pozabijamy niż znajdziemy ten kwiat.
-Teraz możecie wyjść. - oznajmiła McGonagall, tak więc zrobiłam. Koło mnie przeszedł Ślizgon ale nic nie powiedział. Skierowałam się do PW. Tam na mnie już czekała Anna.
-Gdzie ty byłaś? Harry mówił, że pojedynkowałaś się z Malfoyem i McGonagall zabrała was do gabinetu. - niepokoiła się moja przyjaciółka.
-Tak i właśnie dostałam szlaban z... Malfoyem! W pierwszy dzień. - powiedziałam zrezygnowana a Anna zrobiła wielkie oczy.
-McGonagall zgodziła się na szlaban Snape'a. - dokończyłam.
-Czyli jaki? - spytała ciekawa.
-Wysyła nas jutro wieczorem po jakąś tam roślinę do Zakazanego Lasu.
-A to nietoperz... - zgadzałam się z nią w stu procentach.

Nazajutrz cała szkoła wrzała moim i Malfoya szlabanem. Jakby nie mieli nic innego do roboty...
-Mam nadzieję, że szybko wrócisz szybko wrócisz Lili. - mówił Cormac, kiedy szliśmy korytarzem do gabinetu Snape'a. - Będę tęsknił. - uśmiechnęłam się do niego.
-Też mam taką nadzieję. Ani mi się śni spędzać noc z Malfoyem.
-Jak ci coś zrobi to ja się z nim rozprawię. - Cormac zacisnął pięści, które rozluźniły się pod moim dotykiem.
-Nie martw się, wrócę rano. - powiedziałam i weszłam do gabinetu. Przed biurkiem siedział Draco Malfoy.
-W końcu jesteś, Black. Wszystko wyjaśniłem już Draconowi. - powiedział Snape i przesunął książkę w moją stronę - To jest ten kwiat o który mi chodzi. Jak się postaracie to ją znajdziecie szybko. Możecie już iść, Pan Filch was odprowadzi.
To będzie dłuuuga noc...

wtorek, 10 stycznia 2012

1. Pierwszy dzień

Mój szósty rok w Hogwarcie rozpoczął się.
Jak zawsze siadłam przy stole gryffonów z Anną, Hermioną, Harrym i Ronem. Spojrzałam na plan zajęć, który podała mi prof. McGonagall.
-Kto wymyśla te plany? - marudził Ron - Jak można wpaść na pomysł by dać Gryffonów ze Ślizgonami do jednego pomieszczenia. Ktoś ma nieźle porąbane w głowie.
-Ron, te plany są robione przez nauczycieli. - przypomniała Hermiona z poważną miną. Przewróciłam oczami, kiedy Ron przeszył Hermionę, wzrokiem. "Oni nawet w pierwszy dzień potrafią się kłócić" - pomyślałam.
-Nic nie chcę mówić ale mamy eliksiry ze Snapem za chwilkę i wolałabym się nie spóźnić. - odezwałam się kiedy Ron już chciał coś powiedzieć Hermionie. Cała czwórka zgodziła się ze mną i ruszyliśmy do lochów. Przed drzwiami stała już grupka uczniów, czekająca na nauczyciela. Stanęliśmy obok. Rozglądnęłam się po uczniach. Uśmiechem witałam się z ludźmi. Wtedy napotkałam zimne oczy Ślizgona. Draco Malfoy patrzył prosto na mnie z tym jego rozbawieniem na ustach.
Na szczęście lub nie, przyszedł Snape.
Nauczyciele nie dali nam spokoju. Powtarzali, że musimy się przygotowywać do testów a Snape dał już nam nawet zadanie.
-Co za stary nietoperz - westchnął Harry, kiedy wracałam z nim korytarzem.
-Ja już nie mam złudnych nadziei, że Snape nie zada nam zadania w pierwszy dzień. - chciałam ciągnąć dalej moją wypowiedź ale ktoś mi przerwał, wychodząc zza rogu.
-Patrzcie, patrzcie czyż to nie Wybraniec i nasz słodka Black. - zaszydził Malfoy a ja spojrzałam na niego wrogo.
-Zjeżdżaj Malfoy - odezwał się Harry.
-Bo co? - Malfoy zaśmiał się ze "swoimi znajomymi".
-Chodź Harry - szepnęłam i chwyciłam go za rękę, odciągając od Malfoya. Jednak Ślizgon nie dał za wygraną.
-Gdzie uciekacie gołąbeczki? Nie martw się Black, nie powiem McLaggenowi. - tego było za wiele. Miałam ochotę zedrzeć mu ten uśmieszek z twarzy. Wyciągnęłam różdżkę. Malfoy zrobił to samo.
-Drętwota! - krzyknęłam a Malfoy zablokował zaklęcie. Obserwowaliśmy bacznie przeciwnika.
-Rictusempra - tym razem Malfoy zaatakował a ja zgrabnie je zablokowałam. Uśmiechnęłam się złośliwie a on się skrzywił.
W pewnym momencie nasze różdżki wyleciały nam z dłoni. Patrzyliśmy na siebie w osłupieniu. Z cienia wyszła prof. McGonagall...





***
Witam na moim blogu. Jest to mój pierwszy blog i pierwszy raz udostępniam moje bazgroły. Piszę jak piszę dlatego proszę o wyrozumiałość a tak to życzę miłego czytania:D