Przez pierwszą godzinę nie odzywaliśmy się do siebie. Tym lepiej dla mnie. Przynajmniej ze mnie nie szydził. Las był ciemny i ciut straszny a cisza mnie przerażała. Wsłuchiwałam się w kroki Malfoya i w pewnej chwili uświadomiłam sobie, że nie słyszę go. Odwróciłam się. Nie było go za mną. Nigdzie go nie było.
-Malfoy! - zawołałam, starając się utrzymać spokojny głos. Miałam ochotę zacząć wrzeszczeć. Jeszcze bym obudziła jakieś stworzenie. "Co się z nim stało?". A jak porwał go jakiś zwierz. Może jakbym była daleko od tego ciemnego lasu to bym powiedziała super i hura ale teraz go potrzebowałam. Rozglądnęłam się po okolicy i postanowiłam iść dalej.
-Malfoy? - szepnęłam - Malfoy! Odezwij się do cholery! - cisza. Nic. Przez to zamartwianie się, gdzie jest Malfoy zapomniałam o roślinie. "Ta noc będzie długa. Coś tak czuję" W pewnej chwili poczułam coś na ramieniu. Odskoczyłam i krzyknęłam ze strachu. Zaczęłam biec. Po drodze potknęłam się i upadłam. Różdżka wypadła mi z ręki. Światło, które dawała mi różdżka, zgasło. "Czy to mój koniec?!" To nie może się tak skończyć. Jakieś stworzenie stanęło nade mną. Byłam przerażona do granic możliwości. Nigdy tak się nie bałam a walczyłam ze śmierciożercami i stałam twarzą w twarz z Voldemortem. To ich powinnam się bać nie jakiegoś zwierzęcia, który mnie od razu zje. Prosiłam, żeby to nastąpiło szybko.
Usłyszałam cichutki syk i rozbłysło światło różdżki. A nad sobą zobaczyłam wybawiciela, księcia z bajki... Stop! Zobaczyłam Malfoya. Za bardzo poniosłam się fantazji. Malfoy wyciągnął w moją stronę dłoń. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami. W końcu kiedy chciałam podać mu swoją dłoń, on wybuchł śmiechem. Ah! Chciałam na niego wrzasnąć ale strach nie do końca jeszcze ze mnie uszedł. Ślizgon jakby się opamiętał i znów podał mi dłoń. Nie przyjęłam jej i sama wstałam, urażona.
-Mógłbyś mi powiedzieć coś ty robił? - wydarłam się na niego, szukając różdżki. Malfoy zaśmiał się i podał mi moją zgubę.
-Dzięki - rzuciłam i poszłam dalej.
-Bałaś się...
-Nie, nie bałam się.
-O mnie? - spytał, zadowolony z siebie. Starłam się nie zwracać na niego uwagi.
-Wiesz co? Miałam nadzieję, że jakiś zwierz cię pożarł. - przeszłam pod gałęziami, które zagradzały drogę. - A tu takie rozczarowanie. - w duchu dziękowałam, że jest obok mnie.
Szliśmy i szliśmy. Nie wiem ile minęło ale byłam już porządnie wykończona. Zasypiałam, idąc. A tego durnego kwiatu nigdzie nie było. Czy on w ogóle istniał? Może Snape zrobił to specjalnie...
Szłam za moim towarzyszem szlabanu, starając się nie potykać o własne nogi.
"Co mi się jeszcze przydarzy?" - pomyślałam i zaraz pożałowałam. Obok usłyszałam szelest liści i trzask łamanych gałęzi pod ciężarem ciała. Przysunęłam się do Malfoya, który patrzył uważnie w tamtą stronę. To coś było ogromne, bo trzęsły się liście na najwyższych drzewach. Nagle moim oczom ukazała się wielka Akromantula (pająk). Gdy nas zobaczył, ruszył na w naszą stronę. Ja nie zareagowałam ale zrobił to Malfoy.
-Avada Kedavra! - krzyknął a cielsko stwora padło. Pisnęłam.
-To po sprawie. - powiedział Malfoy ale to nie był koniec. Z wszystkich stron wyszły pająki. Przylgnęłam plecami do pleców Ślizgona.
-Drętwota - krzyknęłam ale to nie podziałało. - Petrificus Totalus*, Semptusempra! - nic nie działało.
-Musisz użyć Avada Kedavra - krzyknął Malfoy, między rzucaniem zaklęć.
-Ale tego nie wolno używać! - odpowiedziałam coraz bardziej panikując.
-Już! - krzyknął - Avada Kedavra! - zrobił jak kazał. Akromantula padła a ja odetchnęłam z ulgą. I to było za wcześnie. Tych stworów było mnóstwo. Rzucaliśmy zaklęcia ale ich było cały czas więcej. Machałam już różdżką we wszystkie strony.
-Musimy uciekać. - powiedział Malfoy.
-Jak?
-Avada Kedavra, teraz! - poczułam uścisk na dłoni. Ślizgon pociągnął mnie. Pobiegliśmy w stronę luki, między pająkami. Potykałam się co chwila a Malfoy wciąż mnie nie puszczał. Dziękowałam, że to on jest ze mną. No ale gdyby nie on, mnie by tu nie było. Uciekaliśmy najszybciej jak się dało a pająki nie dawały za wygraną. W pewnej chwili przewróciłam się tak, że wypuściłam dłoń Malfoya. Poczułam ból a potem krew spływającą po nodze. W głowie słyszałam nierówny rytm serca i szum krwi. Przed oczami pojawiły się plamy. Przede mną stanął pająk. Patrzył na mnie swoimi licznymi ślepiami i nagle padł martwy. Zamknęłam oczy.
-Idziemy - powiedział tuż obok, łagodny głos. Pozwoliłam się podnieść i wtedy, z trudem otworzyłam oczy. Draco Malfoy dalej tu był i wciąż mnie ratował. Wszystko stało się rozmazane. Patrzyłam ale nie widziałam. Opadłam jeszcze bardziej w jego ramionach, przytłoczona swoim własnym ciężarem. Nie potrafiłam nawet podnieść dłoni. Nagle zalała mnie całkowita ciemność.
Dopiero ocknęłam się, kiedy ktoś mnie położył pod drzewem a później zorientowałam się, że zostałam przeniesiona do jakiegoś pomieszczenia. Pamiętam jeszcze rozmazane, słabe światło i ciepło. Znów pogrążyłam się w ciemnościach.
Obudziłam się jak zwykle, myśląc, że jeszcze wcześnie i nie czas do szkoły. Przewróciłam się na drugi bok. Przeszył mnie ból. Syknęłam. Przypomniałam sobie, co się stało wcześniej. Z trudem otworzyłam oczy. Tuż obok siebie zobaczyłam śpiącego Ślizgona. Na jego twarzy było pełno zadrapań ale był taki spokojny. Jakbym nie widziałam drwiącego na okrągło Malfoya, tylko... kogo? Chłopak otworzył oczy. Speszona, odwróciłam się. Znów poczułam ból, co nie przeszło jego uwadze.
-Nie ruszaj się gwałtownie bo rana się rozejdzie. - powiedział spokojnie. Cisza... Ja patrzyłam w sufit namiotu a on na mnie.
-Dzięki... - w końcu się odezwałam - że wróciłeś po mnie.
*Jest zaklęciem, które powoduje "zamrożenie" i pełne porażenie przeciwnika.
***
Eh.... nie dali mi skończyć notki do końca :P Wybaczcie, że w takim miejscu urwałam ale za to postaram się jutro dodać nową :D Z pozdrowieniami dla mojego kochanego Przyjaciela:*
no w takim miejscu urwać... ja Cię kiedyś uszkodzę ;p nie no notka genialna, a kolejna niebawem, mam nadzieję ;D
OdpowiedzUsuń