Z tego co się orientowałam było już po 23.00. Razem z Anną, chichotałyśmy przy jednym ze stolików. A to wszystko przez zaopatrzenie Freda i George. Nie wiem skąd oni wzięli tyle ognistej whisky. Ale czy to ważne? Wszyscy dobrze się bawili. Rozglądnęłam się po sali. Anna miała dobry pomysł z Pokojem Życzeń. Sala dostosowała się idealnie pod naszą imprezę. Nagle z tłumu tańczących osób, wyszedł Fred i się przysiadł do nas.
-Widzisz Anna, Lilka tak mówi, że nie lubi imprez a później świetnie się bawi. - powiedział i wypił mi drinka.
-Ja nie mówiłam, że nie lubię tylko to się zawsze źle dla mnie kończy. - Fred pokiwał głową, mówiąc bezgłośnie "Jasne, jasne" - I nie wypijaj mi drinka. On tylko zrobił niewinną minę.
-Chodź do tańca, zanim przyjdzie Cormac i odbierze mi szansę na taniec z tobą. - zgodziłam się a w głowie zaświtała mi myśl: "Właśnie, gdzie on jest?"
Kiedy weszliśmy na parkiet, "nasz szkolny didżej" puścił wolną piosenkę. Kiedy znaleźliśmy się parę centymetrów od siebie, Fred spytał.
-Dlaczego właściwie chodzisz z Cormaciem? Mogłabyś mieć każdego a wybrałaś takiego...
-Fred, nie zapędzaj się tak i odstaw już dzisiaj ognistą whisky.
-Dobrze wiesz, że przy tobie mówię to co myślę. i uważam, że on nie jest dla ciebie. W ogóle się nie nadaje.
-Tak? To kto według ciebie się nadaje? - spojrzał na mnie, nie odpowiadając od razu.
-Ktoś kto wie, że często marzniesz, że twoim lekarstwem na wszystko jest czekolada. Ktoś kto wie, że jak mówisz, że ma cię zostawić w spokoju to ma z tobą zostać. Ktoś kto słucha cię nawet wtedy, kiedy nie chcesz mówić. A gdy wprowadzasz w życie swoje zwariowane pomysły, wspiera cię... - w mojej głowie pojawiła się pustka. Nie wiedziałam co myśleć a co dopiero odpowiedzieć. Nikt tego nie wiedział, tak dobrze jak on. Widział zawsze kiedy marznę i szukał mi czegoś ciepłego. Gdy miałam zły dzień, wyczarowywał mi czekoladkę. Nigdy nie chciał mi powiedzieć skąd je bierze. To on uparcie zostawał, nawet jak mówiłam, żeby poszedł. I czekał aż nabiorę chęci, by mu powiedzieć, co jest grane. Oraz pomagał mi realizować nawet te szalone pomysły jak np atak na śmierciożerców w zeszłym roku. Dlaczego on mi to powiedział?
-Lilka? Nie odpływaj tak myślami. - spojrzałam na niego, jakbym dopiero teraz go zobaczyła.
-Oj Lili, Lili, nie wyobrażaj sobie nie wiadomo co. - uśmiechnął się, jakby przyłapał mnie na przemycaniu soku dyniowego z kuchni. Piosenka się skończyła i Fred odprowadził mnie do stolika, przy którym Anna i Harry rozmawiali. Zanim zdążyłam usiąść, Anna już mnie pociągnęła w stronę wyjścia.
-Lilka, musimy pogadać. - Wyszłyśmy z Pokoju Życzeń i poszłyśmy do łazienki. Anna spojrzała na swoje odbicie w lustrze.
-Wiesz gdzie jest Cormac? - spytała.
-Nie.
-Tym lepiej... - powiedziała do swojego odbicia a zaraz potem zobaczyłam w jej oczach, że pożałowała, że to powiedziała.
-Co jest grane? Pierwsze Fred mówił o nim, teraz ty coś wiesz na jego temat ale nie chcesz powiedzieć. - odwróciła się.
-Nic, nic tylko byłam ciekawa, gdzie się podziewa.
-A do czego był tekst "tym lepiej"?
-To... tak sobie mówię. - uśmiechnęła się niewinnie. Widziałam po jej minie, że nic z niej nie wyciągnę.
-ok, ja pójdę się przewietrzyć i zaraz wrócę.
-To pójdę z tobą.
-Nie, nie trzeba. Ja zaraz wrócę. - przyjaciółka się zgodziła a ja poszłam sprawdzić gdzie jest Cormac. Cichutko przeszłam przez siódme piętro, choć raczej było niemożliwe spotkać tu nauczyciela. Kiedy przechodziłam obok schodów, coś mnie podkusiło by wejść na wieżę. Nagle na swojej drodze spotkałam szepczącą do siebie parę. Chciałam się wycofać, gdy dostrzegłam, że chłopak, który teraz czule odgarniał włosy dziewczynie to...
-Cormac? - chłopak odskoczył jak oparzony od Puchonki, jak teraz zauważyłam. Minęło parę sekund aż się otrząsnęłam z szoku. On chciał coś powiedzieć ale ja nie chciałam go słuchać. Pobiegłam przed siebie...
niedziela, 12 lutego 2012
piątek, 10 lutego 2012
6. Długi dzien cz.I
Dziś był 7 października, moje urodziny. Westchnęłam i obróciłam się na drugi bok. Nie miałam ochoty wychodzić z łóżka ale byłam pewna, że jeżeli zaraz tego nie zrobię, wparuje do mnie Anna, by wyciągnąć. Żeby tylko nie wymyśliła żadnej imprezy. Prosiłam ją, żeby nie oznajmiała wszystkim, że mam urodziny i że ma nic nie robić specjalnego. Spojrzałam na słońce, zaglądające mi przez okno.
-Ok... - powiedziałam jakby do niego. Wygramoliłam się i poszłam się umyć. Chwilę stałam przed szafą. Jak dobrze, że było ciepło i mogłam wychodzić letnie ubrania. Przeszłam przez pokój wspólny. Zdziwiło mnie, że nikogo tam nie ma. Czyżbym wstała za późno? Na korytarzach nie spotkałam żadnego Gryffona. Dziwne...
Weszłam do Wielkiej sali i w momencie chciałam się wycofać. Gdy tylko przekroczyłam próg, wszyscy Gryffoni wstali i z uśmiechami na twarzy, krzyknęli:
-Wszystkiego najlepszego! - moja mina była pewnie zabójcza. Mieszanina zdezorientowania i zaskoczenia. Z uśmiechem przeszłam na swoje miejsce. Poszczególne osoby, życzyły mi najlepszego. Kiwałam głową i się uśmiechałam. Gdy tylko znalazłam się obok Anny, szepnęłam do niej.
-Co to ma znaczyć? - moja przyjaciółka, jakby tego nie usłyszała, rzuciła mi się na szyję.
-Wszystkiego najlepszego, Lil. - uściskałam ją.
-Nie wymiguj się. - Anna była przeszczęsliwa, że zdołała mnie tak zaskoczyć.
-Wieczór masz zajęty, pamiętaj. Robimy wielką imprezę w Pokoju Wspólnym. - uśmiechnęła się promiennie. - Fred i George wszystko załatwią.
-Anna... uduszę cię kiedyś...
-Oj jeszcze mi podziękujesz. - i nie zwracając już na mnie uwagi zaczęła rozmawiać z George'em o tym co ma się pojawić na imprezie. Wniosłam tylko oczy ku niebu. Jak Anna coś postanowi to nic ją nie przekona, żeby zmieniła plany.
Przez cały dzień, wszyscy składali mi życzenia. Na śniadaniu dowiedziała się cała szkoła, o moich urodzinach, więc to było oczywiste. Uśmiechałam się, dziękując ładnie. Szłam właśnie do biblioteki, gdy ktoś pociągnął mnie za rękę w ciemny korytarz.
-Wszystkiego najlepszego. - szepnął mi do ucha Cormac.
-Dziękuję - odszepnęłam a on wręczył mi różyczkę, po czym pocałował mnie.
-Widzimy się na imprezie? - spytał. Kiwnęłam głową. - Oj będzie fajnie.
-Ok, ok. Nie martw się nie ucieknę.
-To widzimy się wieczorem. - Gdy Cormac odszedł, doszłam w końcu do biblioteki. Potrzebowałam podręcznika na eliksiry. Tak przynajmniej powiedział Snape. W bibliotece było trochę uczniów, więc musiały się trafić osoby, które nie złożyły mi jeszcze życzeń. Prawie odetchnęłam z ulgą, gdy już nikt do mnie nie podszedł. Przeszłam do regału z księgami do eliksirów. Przeszukiwałam książki ale nie mogłam znaleźć tej, którą kazał przynieść Snape. Szukałam na górnych półkach a później na dolnych i nic. "Musi gdzieś tu być. Snape mówił, że one są w zielonych okładkach... zielonych okładkach..." Wtedy ją zobaczyłam. Sięgnęłam i już dotykałam szorstkiej oprawy, gdy ktoś chwycił górną część książki. Podniosłam głowę i nad sobą zobaczyłam Malfoya.
-Potrzebuję tą książkę. - odezwałam się
-Ja też. - wstałam z kucek, nie puszczając książki.
-Malfoy, byłam pierwsza, znajdź sobie drugą.
-Nie ma drugiej. Ta jest ostatnia.
-To przykro mi ale masz problem. - brwi Ślizgona powędrowały do góry.
-Black, nie prowokuj mnie tylko puść książkę. Nie będę się z tobą szarpać.
-Ani mi się śni. - odpowiedziałam a wtedy Malfoy się uśmiechnął lekko i ku mojemu zdumieniu, puścił książkę. Po czym sięgnął po inną, półkę wyżej.
-Snape mówił, żeby nie pomylić jej z Magiczną Botaniką. - spojrzałam na książkę. Była to Magiczna Botanika. Podniosłam wzrok. On już poszedł. Odłożyłam książkę i pobiegłam za nim. Kiedy go zobaczyłam był już na korytarzu.
-Malfoy! Stój! - on się nie zatrzymał, tylko rzucił przez ramię.
-Wygrałem. - pobiegłam za nim i wyprzedziłam, by stanąć przed nim.
-Malfoy! Ja tą książkę szukałam a ty zobaczyłeś, że sięgam po nią to też musiałeś. Wykorzystałeś mnie.
-Nic mylnego. Wiedziałem gdzie ją znajdę. Widzisz Black. Nie jestem tylko lepszy w eliksirach. Czas się z tym pogodzić.
-Nie przeginaj.
-Podręcznik jest mój a tobie radziłbym poszukać kogoś kto go ma. - I z tym jego uśmiechem na ustach, poszedł. Założyłam ręce, zdenerwowana na niego. "Ciekawe gdzie ja teraz znajdę kogoś takiego jak już lekcje się zaczynają."
-Lekcje... o nie! - eliksiry! Zawróciłam do biblioteki po torbę i pobiegłam do lochów. Na szczęście udało mi się wejść zanim Snape rozpoczął lekcje.
-Masz podręcznik? - spytała Anna, gdy usiadłam. Pokręciłam głową.
-Ale to co my teraz zrobimy?
-Będziemy cicho siedzieć i nie rzucać się w oczy.
-Aha... - Anna nie była tym przekonana. Spojrzałam na Malfoya i zobaczyłam jak się uśmiecha ukradkiem. "Uduszę go kiedyś"
-Dzisiaj dobiorę was w pary - zaczął Snape - w których będziecie przeprowadzać badania na temat składników do trudnych eliksirów. W tych parach również będziecie siedzieć przez ten semestr. Radzę się do tego przyłożyć bo będzie z tego ocena semestralna. Pierwszy eliksir i jakie informacje powinna zawierać wasza praca, będą wypisane na tablicy. W parach będą bliźniaczki Patil razem, Potter i Weasley, Longbottom z Madows, Black i Malfoy...
-Co?
-Nie co tylko proszę jak już, Black.
-A nie mogę być z Hermioną lub z kimkolwiek innym...
-Nie. W końcu jak zauważyłem na korytarzu, ustaliliście kto będzie miał podręcznik. - Ten stary Nietoperz się ze mnie nabijał czy co?!
-To kara... - szepnęłam do Anny. Westchnęłam i z torba przeszłam na "stronę ślizgonów" na miejsce Blaisa.
-Witaj Black. - posłałam mu ironiczny uśmiech. I tak codziennie będę musiała siedzieć z tym aroganckim arystokratom?!!!
-A na przyszły tydzień przygotujecie razem - miałam wrażenie, że to "razem" było skierowane do mnie.
informacje i inne zastosowanie składników do eliksiru veritaserum.
-Prędzej umrę... - szepnęłam.
-A ja będę udawać, że śmierć mojej partnerki tak mną wstrząsnęła, że nie będę mógł robić tego zadania i Snape mi odpuści. Genialny plan. No Black, w końcu na coś się przydasz. - spojrzałam na niego jakby się urwał z choinki. Gdy wszyscy przepisali składniki z tablicy, Snape ogłosił koniec lekcji.
-Jutro o 17, nad jeziorem, przy starym dębie.
-Black, już mnie na randkę zapraszasz? Szybka jesteś. - przewróciłam oczami, powstrzymując się od komentarza.
-Masz być. - i wyszłam.
-Ok... - powiedziałam jakby do niego. Wygramoliłam się i poszłam się umyć. Chwilę stałam przed szafą. Jak dobrze, że było ciepło i mogłam wychodzić letnie ubrania. Przeszłam przez pokój wspólny. Zdziwiło mnie, że nikogo tam nie ma. Czyżbym wstała za późno? Na korytarzach nie spotkałam żadnego Gryffona. Dziwne...
Weszłam do Wielkiej sali i w momencie chciałam się wycofać. Gdy tylko przekroczyłam próg, wszyscy Gryffoni wstali i z uśmiechami na twarzy, krzyknęli:
-Wszystkiego najlepszego! - moja mina była pewnie zabójcza. Mieszanina zdezorientowania i zaskoczenia. Z uśmiechem przeszłam na swoje miejsce. Poszczególne osoby, życzyły mi najlepszego. Kiwałam głową i się uśmiechałam. Gdy tylko znalazłam się obok Anny, szepnęłam do niej.
-Co to ma znaczyć? - moja przyjaciółka, jakby tego nie usłyszała, rzuciła mi się na szyję.
-Wszystkiego najlepszego, Lil. - uściskałam ją.
-Nie wymiguj się. - Anna była przeszczęsliwa, że zdołała mnie tak zaskoczyć.
-Wieczór masz zajęty, pamiętaj. Robimy wielką imprezę w Pokoju Wspólnym. - uśmiechnęła się promiennie. - Fred i George wszystko załatwią.
-Anna... uduszę cię kiedyś...
-Oj jeszcze mi podziękujesz. - i nie zwracając już na mnie uwagi zaczęła rozmawiać z George'em o tym co ma się pojawić na imprezie. Wniosłam tylko oczy ku niebu. Jak Anna coś postanowi to nic ją nie przekona, żeby zmieniła plany.
Przez cały dzień, wszyscy składali mi życzenia. Na śniadaniu dowiedziała się cała szkoła, o moich urodzinach, więc to było oczywiste. Uśmiechałam się, dziękując ładnie. Szłam właśnie do biblioteki, gdy ktoś pociągnął mnie za rękę w ciemny korytarz.
-Wszystkiego najlepszego. - szepnął mi do ucha Cormac.
-Dziękuję - odszepnęłam a on wręczył mi różyczkę, po czym pocałował mnie.
-Widzimy się na imprezie? - spytał. Kiwnęłam głową. - Oj będzie fajnie.
-Ok, ok. Nie martw się nie ucieknę.
-To widzimy się wieczorem. - Gdy Cormac odszedł, doszłam w końcu do biblioteki. Potrzebowałam podręcznika na eliksiry. Tak przynajmniej powiedział Snape. W bibliotece było trochę uczniów, więc musiały się trafić osoby, które nie złożyły mi jeszcze życzeń. Prawie odetchnęłam z ulgą, gdy już nikt do mnie nie podszedł. Przeszłam do regału z księgami do eliksirów. Przeszukiwałam książki ale nie mogłam znaleźć tej, którą kazał przynieść Snape. Szukałam na górnych półkach a później na dolnych i nic. "Musi gdzieś tu być. Snape mówił, że one są w zielonych okładkach... zielonych okładkach..." Wtedy ją zobaczyłam. Sięgnęłam i już dotykałam szorstkiej oprawy, gdy ktoś chwycił górną część książki. Podniosłam głowę i nad sobą zobaczyłam Malfoya.
-Potrzebuję tą książkę. - odezwałam się
-Ja też. - wstałam z kucek, nie puszczając książki.
-Malfoy, byłam pierwsza, znajdź sobie drugą.
-Nie ma drugiej. Ta jest ostatnia.
-To przykro mi ale masz problem. - brwi Ślizgona powędrowały do góry.
-Black, nie prowokuj mnie tylko puść książkę. Nie będę się z tobą szarpać.
-Ani mi się śni. - odpowiedziałam a wtedy Malfoy się uśmiechnął lekko i ku mojemu zdumieniu, puścił książkę. Po czym sięgnął po inną, półkę wyżej.
-Snape mówił, żeby nie pomylić jej z Magiczną Botaniką. - spojrzałam na książkę. Była to Magiczna Botanika. Podniosłam wzrok. On już poszedł. Odłożyłam książkę i pobiegłam za nim. Kiedy go zobaczyłam był już na korytarzu.
-Malfoy! Stój! - on się nie zatrzymał, tylko rzucił przez ramię.
-Wygrałem. - pobiegłam za nim i wyprzedziłam, by stanąć przed nim.
-Malfoy! Ja tą książkę szukałam a ty zobaczyłeś, że sięgam po nią to też musiałeś. Wykorzystałeś mnie.
-Nic mylnego. Wiedziałem gdzie ją znajdę. Widzisz Black. Nie jestem tylko lepszy w eliksirach. Czas się z tym pogodzić.
-Nie przeginaj.
-Podręcznik jest mój a tobie radziłbym poszukać kogoś kto go ma. - I z tym jego uśmiechem na ustach, poszedł. Założyłam ręce, zdenerwowana na niego. "Ciekawe gdzie ja teraz znajdę kogoś takiego jak już lekcje się zaczynają."
-Lekcje... o nie! - eliksiry! Zawróciłam do biblioteki po torbę i pobiegłam do lochów. Na szczęście udało mi się wejść zanim Snape rozpoczął lekcje.
-Masz podręcznik? - spytała Anna, gdy usiadłam. Pokręciłam głową.
-Ale to co my teraz zrobimy?
-Będziemy cicho siedzieć i nie rzucać się w oczy.
-Aha... - Anna nie była tym przekonana. Spojrzałam na Malfoya i zobaczyłam jak się uśmiecha ukradkiem. "Uduszę go kiedyś"
-Dzisiaj dobiorę was w pary - zaczął Snape - w których będziecie przeprowadzać badania na temat składników do trudnych eliksirów. W tych parach również będziecie siedzieć przez ten semestr. Radzę się do tego przyłożyć bo będzie z tego ocena semestralna. Pierwszy eliksir i jakie informacje powinna zawierać wasza praca, będą wypisane na tablicy. W parach będą bliźniaczki Patil razem, Potter i Weasley, Longbottom z Madows, Black i Malfoy...
-Co?
-Nie co tylko proszę jak już, Black.
-A nie mogę być z Hermioną lub z kimkolwiek innym...
-Nie. W końcu jak zauważyłem na korytarzu, ustaliliście kto będzie miał podręcznik. - Ten stary Nietoperz się ze mnie nabijał czy co?!
-To kara... - szepnęłam do Anny. Westchnęłam i z torba przeszłam na "stronę ślizgonów" na miejsce Blaisa.
-Witaj Black. - posłałam mu ironiczny uśmiech. I tak codziennie będę musiała siedzieć z tym aroganckim arystokratom?!!!
-A na przyszły tydzień przygotujecie razem - miałam wrażenie, że to "razem" było skierowane do mnie.
informacje i inne zastosowanie składników do eliksiru veritaserum.
-Prędzej umrę... - szepnęłam.
-A ja będę udawać, że śmierć mojej partnerki tak mną wstrząsnęła, że nie będę mógł robić tego zadania i Snape mi odpuści. Genialny plan. No Black, w końcu na coś się przydasz. - spojrzałam na niego jakby się urwał z choinki. Gdy wszyscy przepisali składniki z tablicy, Snape ogłosił koniec lekcji.
-Jutro o 17, nad jeziorem, przy starym dębie.
-Black, już mnie na randkę zapraszasz? Szybka jesteś. - przewróciłam oczami, powstrzymując się od komentarza.
-Masz być. - i wyszłam.
***
Długi dzień... długa notka, powinien być tytuł :P
Za każdym razem piszę coraz więcej. Moja Droga Nienormalna, rozkręcam się :D
Za każdym razem piszę coraz więcej. Moja Droga Nienormalna, rozkręcam się :D
czwartek, 2 lutego 2012
5. Szaro-niebieskie oczy...
Musiałam dookoła opowiadać co się działo w Zakazanym Lesie. Wszyscy byli ciekawi co Snape wymyślił nam za szlaban. Siedziałam przed kominkiem, obok mnie Cormac bawił się moimi włosami. Ciążyło mi trochę to, że nie mogę dokładnie powiedzieć co się wydarzyło. Musiałam się komuś wygadać. Spojrzałam ukradkiem na Cormaca. Nie... on nie był dobrym słuchaczem. Pewnie poszedłby do Malfoya i wynikła by z tego awantura.
Musiałam to schować głęboko w wspomnieniach. I to jak najszybciej.
Taka króciutka notka dopełniająca na dobranoc :)
Musiałam to schować głęboko w wspomnieniach. I to jak najszybciej.
***
Po tygodniu, wrzawa ucichła i mój i Ślizgona szlaban, stał się historią. Jednak w mojej pamięci, ciągle tkwił. Pogrążona w myślach szłam na lekcje. Przez to mało nie spóźniłam się na lekcje.
-O jesteś. - szepnęła do mnie Anna. - Już myślałam, że nie przyjdziesz. Od rana jakoś dziwnie jesteś nieobecna. Może jesteś chora? - spytała, marszcząc lekko czoło.
-Nie martw się. Nic mi nie jest. - uśmiechnęłam się i spojrzałam na profesora Flitwicka. Zajęłam się lekcją, choć było to trudne. Ciągle uciekałam myślami. W połowie lekcji mimowolnie zwróciłam wzrok w stronę Ślizgonów a raczej jednego Ślizgona. Draco Malfoy zapisywał coś na pergaminie. Widać było pare małych szram na jego twarzy, ale były już mniej rzucające się w oczy. Pani Pomferj zatroszczyła się o to by nie zostały nam najmniejsze blizny. Zaczęłam się dopatrywać się uczuć na twarzy Malfoya. Skupienie, powaga. Choć, gdy Zabini Blaise mu coś szepną, uśmiechnął się.
-Lilianno Black... - Nagle przed oczami zobaczyłam jego szaro-niebieskie oczy, których miałam...
-Lilianno Black! - usłyszałam profesora Flitwicka. Zaraz się opanowałam i otrząsnęłam z wizji. Rozejrzałam się. Wszystkie oczy były zwrócone w moją stronę. Łącznie z Draco Malfoyem.
-Tak? Coś się stało? - uczniowie zachichotali.
-Tak. Nie słuchasz mnie i jesteś nieobecna na lekcji. - powiedział, piskliwym głosikiem profesor.
-Przepraszam - mruknęłam i wzięłam się w garść. Zobaczyłam jeszcze kątem oka, że Malfoy patrzył na mnie ale zresztą wszyscy przed chwilą się na mnie gapili.
Na obiedzie Anna nie dawała mi spokoju.
-Ann, nic mi nie jest. Ok?
-Ale wiesz co? Malfoy ciągle się na ciebie gapi.
-Co? - podniosłam głowę i na chwilę złapałam wzrok Ślizgona. Jednak zaraz zajął się rozmową z Zabinim. Spojrzałam na Annę.
-A mogłabyś się tak na niego nie gapić?
-Oj, przeszkadza co to? - znalazła moje spojrzenie - No dobra, ale to jest ciekawe.
-Mnie tutaj nic nie ciekawi. - odpowiedziałam i zajęłam się posiłkiem.
***
Taka króciutka notka dopełniająca na dobranoc :)
4. Koniec...
Malfoy nic nie powiedział.
-Idziemy do zamku? - spytałam, tak by nie czuć tej ciszy.
-Tak - odpowiedział - Zapewne ta roślina była wymysłem Snape'a.
Kiwnęłam głową, zgadzając się z nim. Podniosłam się ostrożnie. Spojrzałam na ręce. Były całe w zadrapaniach. Spodnie były zakrwawione a prawa nogawka była pocięta. Zobaczyłam prowizoryczny opatrunek na nodze. Malfoy jakby czytając mi w myślach, powiedział:
-Rozharatałaś nogę jak uciekaliśmy. Musiałem coś zrobić, bo wykrwawiłabyś się. - zerknęłam na niego. Ślizgon podniósł się i przetarł zmęczone oczy. Po czym wyszedł z namiotu. Chciałam pójść w jego ślady ale rana mi na to nie pozwoliła. Westchnęłam tylko. Zaraz jednak Malfoy wrócił i pomógł mi wyjść z namiotu. Zobaczyłam słońce, zbliżające się ku zachodowi. Czyżbym przespała cały dzień? Kiedy Malfoy usuwał ślady namiotu, coś przykuło moją uwagę. Między liśćmi coś błyszczało.
-Malfoy? - chłopak spojrzał na mnie - Czy to nie jest...
Zanim dokończyłam on już wiedział o co mi chodzi. Podszedł i odgarnął liście. Naszym oczom ukazał się kwiat, o który chodziło Snapa'owi. Ślizgon uśmiechnął się do mnie i ostrożnie urwał kwiat. Wyczarował słoiczek i do niego go umieścił. Im ciemniej było, płatki zaczynały jarzyć się na czerwono jak ogień. Oboje z zachwytem patrzyliśmy na to zjawisko.
-I pomyśleć, że już rano moglibyśmy być w naszych łóżkach. - powiedział mój towarzysz, zmniejszając słoiczek by włożyć go do kieszeni.
Droga powrotna szła nam mozolnie, przez moją nogę. W końcu Malfoy nie przyjął mojego protestu i wziął mnie na barana. Niemal nie usłyszałam jak mówi:
-Ale masz nikomu o tym nie mówić. - uśmiechnęłam się i wyczerpana umieściłam głowę na jego ramieniu.
Po raz drugi cieszyłam się, że to on był ze mną. W końcu doszliśmy do zamku. Było już przed 12. Malfoy zaniósł mnie prosto do skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrej zajęła się od razu moimi ranami. Chciała pomóc też wykończonemu Ślizgonowi ale on stanowczo powiedział, że nic mu nie jest.
-Jutro masz wolne, musisz wydobrzeć. Wieczorem przy kolacji damy Snapowi roślinę. - zgodziłam się w milczeniu. Po tym Malfoy poszedł. Ja jeszcze przez chwilę patrzyłam na zamknięte drzwi. Dzięki eliksirom, które zaserwowała mi pielęgniarka, zasnęłam.
Rano obudziły mnie głosy.
-Ale coś jej jest? Wyjdzie z tego? Kiedy mogę ją zobaczyć? Kiedy się obudzi? - słyszałam zrozpaczony głos mojej przyjaciółki. Uśmiechnęłam się lekko i powoli podniosłam się. Anna to zobaczyła i zaraz wyminęła panią Pomfrej, która chciała ją zatrzymać.
-Lilka! Co on ci zrobił? Wyglądasz jak trup! - moja kochana przyjaciółka machała rękami na wszystkie strony, mówiąc co zrobi Snapowi, Malfoyowi i coś jeszcze ale nie wsłuchiwałam się specjalnie. Wspomnienia z ostatniej nocy zalały moje myśli.
-Ann... nic mi nie jest. Tylko jestem trochę wykończona. - powiedziałam, uspokajając ją.
-A gdzie Malfoy? Zostawił cię w lesie?! - spojrzałam na nią wymownie, jak zawsze kiedy zaczyna wymyślać niestworzone historie.
-Która godzina? - spytałam, odciągając ją od tematu Malfoya.
-Już pora obiadu. Zapewne zaraz przyjdzie tu Harry. - spojrzałam na krzątającą się pani Pomfrej, gdy napotkała mój wzrok, powiedziała, jakby czytała mi w myślach.
-Puszczę cię przed kolacją. - Anna zrobiła do mnie minę. Zaśmiałam się.
-Później ci wszystko opowiem. - zgodziła się i wyszła na lekcje.
Przed kolacją pani Pomfrej mnie wypuściła. Zdążyłam wziąć kąpiel i ubrać się w czyste ubrania. Przeraziło mnie odbicie w lustrze. Byłam całkowicie blada i gdzieniegdzie miałam zadrapania. Rana na nodze, dzięki eliksirom, zagoiła się, ale jeszcze mnie pobolewała. Wszyscy się już schodzili na kolację. Siadłam jak zwykle przy stole Gryffindoru. Gdy uczniowie siedzieli już na swoich miejscach, wstałam ku zdziwieniu innych. Tak samo zrobił Malfoy. Oboje, jak równy z równym podeszliśmy do stołu nauczycielskiego. Czułam na sobie liczne spojrzenia. Ślizgon położył przed Snape'm słoiczek z iskrzącym się kwiatem.
-Szlaban zakończony. - powiedziałam a Snape patrzył na nas oniemiały. On naprawdę nie liczył na to, że go znajdziemy. I tak Ślizgon i Gryffonka skończyli rozejm. Czas wrócić do swoich zajęć i zapomnieć co się stało tej nocy. Oboje to wiedzieliśmy...
-Idziemy do zamku? - spytałam, tak by nie czuć tej ciszy.
-Tak - odpowiedział - Zapewne ta roślina była wymysłem Snape'a.
Kiwnęłam głową, zgadzając się z nim. Podniosłam się ostrożnie. Spojrzałam na ręce. Były całe w zadrapaniach. Spodnie były zakrwawione a prawa nogawka była pocięta. Zobaczyłam prowizoryczny opatrunek na nodze. Malfoy jakby czytając mi w myślach, powiedział:
-Rozharatałaś nogę jak uciekaliśmy. Musiałem coś zrobić, bo wykrwawiłabyś się. - zerknęłam na niego. Ślizgon podniósł się i przetarł zmęczone oczy. Po czym wyszedł z namiotu. Chciałam pójść w jego ślady ale rana mi na to nie pozwoliła. Westchnęłam tylko. Zaraz jednak Malfoy wrócił i pomógł mi wyjść z namiotu. Zobaczyłam słońce, zbliżające się ku zachodowi. Czyżbym przespała cały dzień? Kiedy Malfoy usuwał ślady namiotu, coś przykuło moją uwagę. Między liśćmi coś błyszczało.
-Malfoy? - chłopak spojrzał na mnie - Czy to nie jest...
Zanim dokończyłam on już wiedział o co mi chodzi. Podszedł i odgarnął liście. Naszym oczom ukazał się kwiat, o który chodziło Snapa'owi. Ślizgon uśmiechnął się do mnie i ostrożnie urwał kwiat. Wyczarował słoiczek i do niego go umieścił. Im ciemniej było, płatki zaczynały jarzyć się na czerwono jak ogień. Oboje z zachwytem patrzyliśmy na to zjawisko.
-I pomyśleć, że już rano moglibyśmy być w naszych łóżkach. - powiedział mój towarzysz, zmniejszając słoiczek by włożyć go do kieszeni.
Droga powrotna szła nam mozolnie, przez moją nogę. W końcu Malfoy nie przyjął mojego protestu i wziął mnie na barana. Niemal nie usłyszałam jak mówi:
-Ale masz nikomu o tym nie mówić. - uśmiechnęłam się i wyczerpana umieściłam głowę na jego ramieniu.
Po raz drugi cieszyłam się, że to on był ze mną. W końcu doszliśmy do zamku. Było już przed 12. Malfoy zaniósł mnie prosto do skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrej zajęła się od razu moimi ranami. Chciała pomóc też wykończonemu Ślizgonowi ale on stanowczo powiedział, że nic mu nie jest.
-Jutro masz wolne, musisz wydobrzeć. Wieczorem przy kolacji damy Snapowi roślinę. - zgodziłam się w milczeniu. Po tym Malfoy poszedł. Ja jeszcze przez chwilę patrzyłam na zamknięte drzwi. Dzięki eliksirom, które zaserwowała mi pielęgniarka, zasnęłam.
Rano obudziły mnie głosy.
-Ale coś jej jest? Wyjdzie z tego? Kiedy mogę ją zobaczyć? Kiedy się obudzi? - słyszałam zrozpaczony głos mojej przyjaciółki. Uśmiechnęłam się lekko i powoli podniosłam się. Anna to zobaczyła i zaraz wyminęła panią Pomfrej, która chciała ją zatrzymać.
-Lilka! Co on ci zrobił? Wyglądasz jak trup! - moja kochana przyjaciółka machała rękami na wszystkie strony, mówiąc co zrobi Snapowi, Malfoyowi i coś jeszcze ale nie wsłuchiwałam się specjalnie. Wspomnienia z ostatniej nocy zalały moje myśli.
-Ann... nic mi nie jest. Tylko jestem trochę wykończona. - powiedziałam, uspokajając ją.
-A gdzie Malfoy? Zostawił cię w lesie?! - spojrzałam na nią wymownie, jak zawsze kiedy zaczyna wymyślać niestworzone historie.
-Która godzina? - spytałam, odciągając ją od tematu Malfoya.
-Już pora obiadu. Zapewne zaraz przyjdzie tu Harry. - spojrzałam na krzątającą się pani Pomfrej, gdy napotkała mój wzrok, powiedziała, jakby czytała mi w myślach.
-Puszczę cię przed kolacją. - Anna zrobiła do mnie minę. Zaśmiałam się.
-Później ci wszystko opowiem. - zgodziła się i wyszła na lekcje.
Przed kolacją pani Pomfrej mnie wypuściła. Zdążyłam wziąć kąpiel i ubrać się w czyste ubrania. Przeraziło mnie odbicie w lustrze. Byłam całkowicie blada i gdzieniegdzie miałam zadrapania. Rana na nodze, dzięki eliksirom, zagoiła się, ale jeszcze mnie pobolewała. Wszyscy się już schodzili na kolację. Siadłam jak zwykle przy stole Gryffindoru. Gdy uczniowie siedzieli już na swoich miejscach, wstałam ku zdziwieniu innych. Tak samo zrobił Malfoy. Oboje, jak równy z równym podeszliśmy do stołu nauczycielskiego. Czułam na sobie liczne spojrzenia. Ślizgon położył przed Snape'm słoiczek z iskrzącym się kwiatem.
-Szlaban zakończony. - powiedziałam a Snape patrzył na nas oniemiały. On naprawdę nie liczył na to, że go znajdziemy. I tak Ślizgon i Gryffonka skończyli rozejm. Czas wrócić do swoich zajęć i zapomnieć co się stało tej nocy. Oboje to wiedzieliśmy...
sobota, 21 stycznia 2012
3. Zakazany Las
Przez pierwszą godzinę nie odzywaliśmy się do siebie. Tym lepiej dla mnie. Przynajmniej ze mnie nie szydził. Las był ciemny i ciut straszny a cisza mnie przerażała. Wsłuchiwałam się w kroki Malfoya i w pewnej chwili uświadomiłam sobie, że nie słyszę go. Odwróciłam się. Nie było go za mną. Nigdzie go nie było.
-Malfoy! - zawołałam, starając się utrzymać spokojny głos. Miałam ochotę zacząć wrzeszczeć. Jeszcze bym obudziła jakieś stworzenie. "Co się z nim stało?". A jak porwał go jakiś zwierz. Może jakbym była daleko od tego ciemnego lasu to bym powiedziała super i hura ale teraz go potrzebowałam. Rozglądnęłam się po okolicy i postanowiłam iść dalej.
-Malfoy? - szepnęłam - Malfoy! Odezwij się do cholery! - cisza. Nic. Przez to zamartwianie się, gdzie jest Malfoy zapomniałam o roślinie. "Ta noc będzie długa. Coś tak czuję" W pewnej chwili poczułam coś na ramieniu. Odskoczyłam i krzyknęłam ze strachu. Zaczęłam biec. Po drodze potknęłam się i upadłam. Różdżka wypadła mi z ręki. Światło, które dawała mi różdżka, zgasło. "Czy to mój koniec?!" To nie może się tak skończyć. Jakieś stworzenie stanęło nade mną. Byłam przerażona do granic możliwości. Nigdy tak się nie bałam a walczyłam ze śmierciożercami i stałam twarzą w twarz z Voldemortem. To ich powinnam się bać nie jakiegoś zwierzęcia, który mnie od razu zje. Prosiłam, żeby to nastąpiło szybko.
Usłyszałam cichutki syk i rozbłysło światło różdżki. A nad sobą zobaczyłam wybawiciela, księcia z bajki... Stop! Zobaczyłam Malfoya. Za bardzo poniosłam się fantazji. Malfoy wyciągnął w moją stronę dłoń. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami. W końcu kiedy chciałam podać mu swoją dłoń, on wybuchł śmiechem. Ah! Chciałam na niego wrzasnąć ale strach nie do końca jeszcze ze mnie uszedł. Ślizgon jakby się opamiętał i znów podał mi dłoń. Nie przyjęłam jej i sama wstałam, urażona.
-Mógłbyś mi powiedzieć coś ty robił? - wydarłam się na niego, szukając różdżki. Malfoy zaśmiał się i podał mi moją zgubę.
-Dzięki - rzuciłam i poszłam dalej.
-Bałaś się...
-Nie, nie bałam się.
-O mnie? - spytał, zadowolony z siebie. Starłam się nie zwracać na niego uwagi.
-Wiesz co? Miałam nadzieję, że jakiś zwierz cię pożarł. - przeszłam pod gałęziami, które zagradzały drogę. - A tu takie rozczarowanie. - w duchu dziękowałam, że jest obok mnie.
Szliśmy i szliśmy. Nie wiem ile minęło ale byłam już porządnie wykończona. Zasypiałam, idąc. A tego durnego kwiatu nigdzie nie było. Czy on w ogóle istniał? Może Snape zrobił to specjalnie...
Szłam za moim towarzyszem szlabanu, starając się nie potykać o własne nogi.
"Co mi się jeszcze przydarzy?" - pomyślałam i zaraz pożałowałam. Obok usłyszałam szelest liści i trzask łamanych gałęzi pod ciężarem ciała. Przysunęłam się do Malfoya, który patrzył uważnie w tamtą stronę. To coś było ogromne, bo trzęsły się liście na najwyższych drzewach. Nagle moim oczom ukazała się wielka Akromantula (pająk). Gdy nas zobaczył, ruszył na w naszą stronę. Ja nie zareagowałam ale zrobił to Malfoy.
-Avada Kedavra! - krzyknął a cielsko stwora padło. Pisnęłam.
-To po sprawie. - powiedział Malfoy ale to nie był koniec. Z wszystkich stron wyszły pająki. Przylgnęłam plecami do pleców Ślizgona.
-Drętwota - krzyknęłam ale to nie podziałało. - Petrificus Totalus*, Semptusempra! - nic nie działało.
-Musisz użyć Avada Kedavra - krzyknął Malfoy, między rzucaniem zaklęć.
-Ale tego nie wolno używać! - odpowiedziałam coraz bardziej panikując.
-Już! - krzyknął - Avada Kedavra! - zrobił jak kazał. Akromantula padła a ja odetchnęłam z ulgą. I to było za wcześnie. Tych stworów było mnóstwo. Rzucaliśmy zaklęcia ale ich było cały czas więcej. Machałam już różdżką we wszystkie strony.
-Musimy uciekać. - powiedział Malfoy.
-Jak?
-Avada Kedavra, teraz! - poczułam uścisk na dłoni. Ślizgon pociągnął mnie. Pobiegliśmy w stronę luki, między pająkami. Potykałam się co chwila a Malfoy wciąż mnie nie puszczał. Dziękowałam, że to on jest ze mną. No ale gdyby nie on, mnie by tu nie było. Uciekaliśmy najszybciej jak się dało a pająki nie dawały za wygraną. W pewnej chwili przewróciłam się tak, że wypuściłam dłoń Malfoya. Poczułam ból a potem krew spływającą po nodze. W głowie słyszałam nierówny rytm serca i szum krwi. Przed oczami pojawiły się plamy. Przede mną stanął pająk. Patrzył na mnie swoimi licznymi ślepiami i nagle padł martwy. Zamknęłam oczy.
-Idziemy - powiedział tuż obok, łagodny głos. Pozwoliłam się podnieść i wtedy, z trudem otworzyłam oczy. Draco Malfoy dalej tu był i wciąż mnie ratował. Wszystko stało się rozmazane. Patrzyłam ale nie widziałam. Opadłam jeszcze bardziej w jego ramionach, przytłoczona swoim własnym ciężarem. Nie potrafiłam nawet podnieść dłoni. Nagle zalała mnie całkowita ciemność.
Dopiero ocknęłam się, kiedy ktoś mnie położył pod drzewem a później zorientowałam się, że zostałam przeniesiona do jakiegoś pomieszczenia. Pamiętam jeszcze rozmazane, słabe światło i ciepło. Znów pogrążyłam się w ciemnościach.
Obudziłam się jak zwykle, myśląc, że jeszcze wcześnie i nie czas do szkoły. Przewróciłam się na drugi bok. Przeszył mnie ból. Syknęłam. Przypomniałam sobie, co się stało wcześniej. Z trudem otworzyłam oczy. Tuż obok siebie zobaczyłam śpiącego Ślizgona. Na jego twarzy było pełno zadrapań ale był taki spokojny. Jakbym nie widziałam drwiącego na okrągło Malfoya, tylko... kogo? Chłopak otworzył oczy. Speszona, odwróciłam się. Znów poczułam ból, co nie przeszło jego uwadze.
-Nie ruszaj się gwałtownie bo rana się rozejdzie. - powiedział spokojnie. Cisza... Ja patrzyłam w sufit namiotu a on na mnie.
-Dzięki... - w końcu się odezwałam - że wróciłeś po mnie.
*Jest zaklęciem, które powoduje "zamrożenie" i pełne porażenie przeciwnika.
***
Eh.... nie dali mi skończyć notki do końca :P Wybaczcie, że w takim miejscu urwałam ale za to postaram się jutro dodać nową :D Z pozdrowieniami dla mojego kochanego Przyjaciela:*
-Malfoy! - zawołałam, starając się utrzymać spokojny głos. Miałam ochotę zacząć wrzeszczeć. Jeszcze bym obudziła jakieś stworzenie. "Co się z nim stało?". A jak porwał go jakiś zwierz. Może jakbym była daleko od tego ciemnego lasu to bym powiedziała super i hura ale teraz go potrzebowałam. Rozglądnęłam się po okolicy i postanowiłam iść dalej.
-Malfoy? - szepnęłam - Malfoy! Odezwij się do cholery! - cisza. Nic. Przez to zamartwianie się, gdzie jest Malfoy zapomniałam o roślinie. "Ta noc będzie długa. Coś tak czuję" W pewnej chwili poczułam coś na ramieniu. Odskoczyłam i krzyknęłam ze strachu. Zaczęłam biec. Po drodze potknęłam się i upadłam. Różdżka wypadła mi z ręki. Światło, które dawała mi różdżka, zgasło. "Czy to mój koniec?!" To nie może się tak skończyć. Jakieś stworzenie stanęło nade mną. Byłam przerażona do granic możliwości. Nigdy tak się nie bałam a walczyłam ze śmierciożercami i stałam twarzą w twarz z Voldemortem. To ich powinnam się bać nie jakiegoś zwierzęcia, który mnie od razu zje. Prosiłam, żeby to nastąpiło szybko.
Usłyszałam cichutki syk i rozbłysło światło różdżki. A nad sobą zobaczyłam wybawiciela, księcia z bajki... Stop! Zobaczyłam Malfoya. Za bardzo poniosłam się fantazji. Malfoy wyciągnął w moją stronę dłoń. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami. W końcu kiedy chciałam podać mu swoją dłoń, on wybuchł śmiechem. Ah! Chciałam na niego wrzasnąć ale strach nie do końca jeszcze ze mnie uszedł. Ślizgon jakby się opamiętał i znów podał mi dłoń. Nie przyjęłam jej i sama wstałam, urażona.
-Mógłbyś mi powiedzieć coś ty robił? - wydarłam się na niego, szukając różdżki. Malfoy zaśmiał się i podał mi moją zgubę.
-Dzięki - rzuciłam i poszłam dalej.
-Bałaś się...
-Nie, nie bałam się.
-O mnie? - spytał, zadowolony z siebie. Starłam się nie zwracać na niego uwagi.
-Wiesz co? Miałam nadzieję, że jakiś zwierz cię pożarł. - przeszłam pod gałęziami, które zagradzały drogę. - A tu takie rozczarowanie. - w duchu dziękowałam, że jest obok mnie.
Szliśmy i szliśmy. Nie wiem ile minęło ale byłam już porządnie wykończona. Zasypiałam, idąc. A tego durnego kwiatu nigdzie nie było. Czy on w ogóle istniał? Może Snape zrobił to specjalnie...
Szłam za moim towarzyszem szlabanu, starając się nie potykać o własne nogi.
"Co mi się jeszcze przydarzy?" - pomyślałam i zaraz pożałowałam. Obok usłyszałam szelest liści i trzask łamanych gałęzi pod ciężarem ciała. Przysunęłam się do Malfoya, który patrzył uważnie w tamtą stronę. To coś było ogromne, bo trzęsły się liście na najwyższych drzewach. Nagle moim oczom ukazała się wielka Akromantula (pająk). Gdy nas zobaczył, ruszył na w naszą stronę. Ja nie zareagowałam ale zrobił to Malfoy.
-Avada Kedavra! - krzyknął a cielsko stwora padło. Pisnęłam.
-To po sprawie. - powiedział Malfoy ale to nie był koniec. Z wszystkich stron wyszły pająki. Przylgnęłam plecami do pleców Ślizgona.
-Drętwota - krzyknęłam ale to nie podziałało. - Petrificus Totalus*, Semptusempra! - nic nie działało.
-Musisz użyć Avada Kedavra - krzyknął Malfoy, między rzucaniem zaklęć.
-Ale tego nie wolno używać! - odpowiedziałam coraz bardziej panikując.
-Już! - krzyknął - Avada Kedavra! - zrobił jak kazał. Akromantula padła a ja odetchnęłam z ulgą. I to było za wcześnie. Tych stworów było mnóstwo. Rzucaliśmy zaklęcia ale ich było cały czas więcej. Machałam już różdżką we wszystkie strony.
-Musimy uciekać. - powiedział Malfoy.
-Jak?
-Avada Kedavra, teraz! - poczułam uścisk na dłoni. Ślizgon pociągnął mnie. Pobiegliśmy w stronę luki, między pająkami. Potykałam się co chwila a Malfoy wciąż mnie nie puszczał. Dziękowałam, że to on jest ze mną. No ale gdyby nie on, mnie by tu nie było. Uciekaliśmy najszybciej jak się dało a pająki nie dawały za wygraną. W pewnej chwili przewróciłam się tak, że wypuściłam dłoń Malfoya. Poczułam ból a potem krew spływającą po nodze. W głowie słyszałam nierówny rytm serca i szum krwi. Przed oczami pojawiły się plamy. Przede mną stanął pająk. Patrzył na mnie swoimi licznymi ślepiami i nagle padł martwy. Zamknęłam oczy.
-Idziemy - powiedział tuż obok, łagodny głos. Pozwoliłam się podnieść i wtedy, z trudem otworzyłam oczy. Draco Malfoy dalej tu był i wciąż mnie ratował. Wszystko stało się rozmazane. Patrzyłam ale nie widziałam. Opadłam jeszcze bardziej w jego ramionach, przytłoczona swoim własnym ciężarem. Nie potrafiłam nawet podnieść dłoni. Nagle zalała mnie całkowita ciemność.
Dopiero ocknęłam się, kiedy ktoś mnie położył pod drzewem a później zorientowałam się, że zostałam przeniesiona do jakiegoś pomieszczenia. Pamiętam jeszcze rozmazane, słabe światło i ciepło. Znów pogrążyłam się w ciemnościach.
Obudziłam się jak zwykle, myśląc, że jeszcze wcześnie i nie czas do szkoły. Przewróciłam się na drugi bok. Przeszył mnie ból. Syknęłam. Przypomniałam sobie, co się stało wcześniej. Z trudem otworzyłam oczy. Tuż obok siebie zobaczyłam śpiącego Ślizgona. Na jego twarzy było pełno zadrapań ale był taki spokojny. Jakbym nie widziałam drwiącego na okrągło Malfoya, tylko... kogo? Chłopak otworzył oczy. Speszona, odwróciłam się. Znów poczułam ból, co nie przeszło jego uwadze.
-Nie ruszaj się gwałtownie bo rana się rozejdzie. - powiedział spokojnie. Cisza... Ja patrzyłam w sufit namiotu a on na mnie.
-Dzięki... - w końcu się odezwałam - że wróciłeś po mnie.
*Jest zaklęciem, które powoduje "zamrożenie" i pełne porażenie przeciwnika.
***
Eh.... nie dali mi skończyć notki do końca :P Wybaczcie, że w takim miejscu urwałam ale za to postaram się jutro dodać nową :D Z pozdrowieniami dla mojego kochanego Przyjaciela:*
sobota, 14 stycznia 2012
2. Szlaban z... Malfoyem!
-Co wy wyrabiacie na środku korytarza! - krzyknęła na nas McGonagall. Była zła i to sssstrzanie. - Do mojego gabinetu. I to już! - zerknęłam na Malfoya i posłusznie poszłam za profesorką. Ślizgon dołączył do mnie. W milczeniu przeszliśmy korytarze. W gabinecie stanęliśmy obok siebie a McGonagall siadła za biurkiem. Patrzyła na nas srogo, co nie wróżyło nic dobrego.
-Jest pierwszy dzień szkoły a wy już wszczynacie bójki. Jesteście w szóstej klasie i jaki dajecie przykład? Zawiodłam się na was, szczególnie na tobie Black. Myślałam, że wyrosłaś z tych wojen.
-Ale pani profesor... - zaczęłam ale uciszyła mnie ruchem ręki.
-Idę po profesora Snape'a. Ustalimy wam szlaban. - powiedziała i wyszła. Stałam wpatrzona w puste krzesło. "Szlaban? W pierwszy dzień!"
-Oj Black, Black... widocznie nie możesz żyć bez tych wojen ze mną. - powiedział Malfoy, rozbawiony. Nie spojrzałam na niego, mogło to grozić, że mu coś zrobię.
-Zamknij się Malfoy - powiedziałam przez zęby. Zaśmiał się a ja nie wytrzymałam. Zamachnęłam się, jednak on był szybszy. Chwycił mnie za rękę, spróbowałam drugą ale również zdążył mnie zatrzymać. Próbowałam się wyrwać, wkurzona na niego. A on tylko się uśmiechał.
-Spokojnie... jak przestaniesz się szarpać to cię puszczę.
-Oh, jaki ty dobry. - zaszydziłam ale przestałam się szamotać. Malfoy ostrożnie mnie puścił. Zdążyłam obrzucić go gniewnym spojrzeniem, gdy weszła McGonagall ze Snapem. Profesor przewierciła mnie wzrokiem i spojrzała na Ślizgona.
-Draco, jesteś prefectem, który nie powinien się tak zachowywać. - powiedział Snape. Malfoy był poważny i niewzruszony.
-Przedyskutowaliśmy po drodze, że będziecie mieć razem szlaban. Profesor Snape już nawet ma dla was zadanie. - powiedziała McGonagall i spojrzała na Snape'a.
-Potrzebny mi jest pewien kwiat, który znajduje się w Zakazanym Lesie. Waszym zadaniem będzie go odnaleźć. Jutro pokażę wam jak one wyglądają.
-Będziecie musieli popracować razem, szlaban w sam raz dla was. - powiedziała McGonagall i moja ostatnia nadzieja umarła.
-Ale to Zakazany Las...? - zaczęłam.
-Black, boisz się? - szepnął mi do ucha Malfoy. "Co za idiota!"
-Jutro wieczorem wyruszycie. Płomienne płatki najlepiej szuka się nocą bo wtedy kwiat błyszczy w ciemności. - "Noc! Zakazany Las! Malfoy i ja?! Paranoja!!!". My się prędzej pozabijamy niż znajdziemy ten kwiat.
-Teraz możecie wyjść. - oznajmiła McGonagall, tak więc zrobiłam. Koło mnie przeszedł Ślizgon ale nic nie powiedział. Skierowałam się do PW. Tam na mnie już czekała Anna.
-Gdzie ty byłaś? Harry mówił, że pojedynkowałaś się z Malfoyem i McGonagall zabrała was do gabinetu. - niepokoiła się moja przyjaciółka.
-Tak i właśnie dostałam szlaban z... Malfoyem! W pierwszy dzień. - powiedziałam zrezygnowana a Anna zrobiła wielkie oczy.
-McGonagall zgodziła się na szlaban Snape'a. - dokończyłam.
-Czyli jaki? - spytała ciekawa.
-Wysyła nas jutro wieczorem po jakąś tam roślinę do Zakazanego Lasu.
-A to nietoperz... - zgadzałam się z nią w stu procentach.
Nazajutrz cała szkoła wrzała moim i Malfoya szlabanem. Jakby nie mieli nic innego do roboty...
-Mam nadzieję, że szybko wrócisz szybko wrócisz Lili. - mówił Cormac, kiedy szliśmy korytarzem do gabinetu Snape'a. - Będę tęsknił. - uśmiechnęłam się do niego.
-Też mam taką nadzieję. Ani mi się śni spędzać noc z Malfoyem.
-Jak ci coś zrobi to ja się z nim rozprawię. - Cormac zacisnął pięści, które rozluźniły się pod moim dotykiem.
-Nie martw się, wrócę rano. - powiedziałam i weszłam do gabinetu. Przed biurkiem siedział Draco Malfoy.
-W końcu jesteś, Black. Wszystko wyjaśniłem już Draconowi. - powiedział Snape i przesunął książkę w moją stronę - To jest ten kwiat o który mi chodzi. Jak się postaracie to ją znajdziecie szybko. Możecie już iść, Pan Filch was odprowadzi.
To będzie dłuuuga noc...
-Jest pierwszy dzień szkoły a wy już wszczynacie bójki. Jesteście w szóstej klasie i jaki dajecie przykład? Zawiodłam się na was, szczególnie na tobie Black. Myślałam, że wyrosłaś z tych wojen.
-Ale pani profesor... - zaczęłam ale uciszyła mnie ruchem ręki.
-Idę po profesora Snape'a. Ustalimy wam szlaban. - powiedziała i wyszła. Stałam wpatrzona w puste krzesło. "Szlaban? W pierwszy dzień!"
-Oj Black, Black... widocznie nie możesz żyć bez tych wojen ze mną. - powiedział Malfoy, rozbawiony. Nie spojrzałam na niego, mogło to grozić, że mu coś zrobię.
-Zamknij się Malfoy - powiedziałam przez zęby. Zaśmiał się a ja nie wytrzymałam. Zamachnęłam się, jednak on był szybszy. Chwycił mnie za rękę, spróbowałam drugą ale również zdążył mnie zatrzymać. Próbowałam się wyrwać, wkurzona na niego. A on tylko się uśmiechał.
-Spokojnie... jak przestaniesz się szarpać to cię puszczę.
-Oh, jaki ty dobry. - zaszydziłam ale przestałam się szamotać. Malfoy ostrożnie mnie puścił. Zdążyłam obrzucić go gniewnym spojrzeniem, gdy weszła McGonagall ze Snapem. Profesor przewierciła mnie wzrokiem i spojrzała na Ślizgona.
-Draco, jesteś prefectem, który nie powinien się tak zachowywać. - powiedział Snape. Malfoy był poważny i niewzruszony.
-Przedyskutowaliśmy po drodze, że będziecie mieć razem szlaban. Profesor Snape już nawet ma dla was zadanie. - powiedziała McGonagall i spojrzała na Snape'a.
-Potrzebny mi jest pewien kwiat, który znajduje się w Zakazanym Lesie. Waszym zadaniem będzie go odnaleźć. Jutro pokażę wam jak one wyglądają.
-Będziecie musieli popracować razem, szlaban w sam raz dla was. - powiedziała McGonagall i moja ostatnia nadzieja umarła.
-Ale to Zakazany Las...? - zaczęłam.
-Black, boisz się? - szepnął mi do ucha Malfoy. "Co za idiota!"
-Jutro wieczorem wyruszycie. Płomienne płatki najlepiej szuka się nocą bo wtedy kwiat błyszczy w ciemności. - "Noc! Zakazany Las! Malfoy i ja?! Paranoja!!!". My się prędzej pozabijamy niż znajdziemy ten kwiat.
-Teraz możecie wyjść. - oznajmiła McGonagall, tak więc zrobiłam. Koło mnie przeszedł Ślizgon ale nic nie powiedział. Skierowałam się do PW. Tam na mnie już czekała Anna.
-Gdzie ty byłaś? Harry mówił, że pojedynkowałaś się z Malfoyem i McGonagall zabrała was do gabinetu. - niepokoiła się moja przyjaciółka.
-Tak i właśnie dostałam szlaban z... Malfoyem! W pierwszy dzień. - powiedziałam zrezygnowana a Anna zrobiła wielkie oczy.
-McGonagall zgodziła się na szlaban Snape'a. - dokończyłam.
-Czyli jaki? - spytała ciekawa.
-Wysyła nas jutro wieczorem po jakąś tam roślinę do Zakazanego Lasu.
-A to nietoperz... - zgadzałam się z nią w stu procentach.
Nazajutrz cała szkoła wrzała moim i Malfoya szlabanem. Jakby nie mieli nic innego do roboty...
-Mam nadzieję, że szybko wrócisz szybko wrócisz Lili. - mówił Cormac, kiedy szliśmy korytarzem do gabinetu Snape'a. - Będę tęsknił. - uśmiechnęłam się do niego.
-Też mam taką nadzieję. Ani mi się śni spędzać noc z Malfoyem.
-Jak ci coś zrobi to ja się z nim rozprawię. - Cormac zacisnął pięści, które rozluźniły się pod moim dotykiem.
-Nie martw się, wrócę rano. - powiedziałam i weszłam do gabinetu. Przed biurkiem siedział Draco Malfoy.
-W końcu jesteś, Black. Wszystko wyjaśniłem już Draconowi. - powiedział Snape i przesunął książkę w moją stronę - To jest ten kwiat o który mi chodzi. Jak się postaracie to ją znajdziecie szybko. Możecie już iść, Pan Filch was odprowadzi.
To będzie dłuuuga noc...
wtorek, 10 stycznia 2012
1. Pierwszy dzień
Mój szósty rok w Hogwarcie rozpoczął się.
Jak zawsze siadłam przy stole gryffonów z Anną, Hermioną, Harrym i Ronem. Spojrzałam na plan zajęć, który podała mi prof. McGonagall.
-Kto wymyśla te plany? - marudził Ron - Jak można wpaść na pomysł by dać Gryffonów ze Ślizgonami do jednego pomieszczenia. Ktoś ma nieźle porąbane w głowie.
-Ron, te plany są robione przez nauczycieli. - przypomniała Hermiona z poważną miną. Przewróciłam oczami, kiedy Ron przeszył Hermionę, wzrokiem. "Oni nawet w pierwszy dzień potrafią się kłócić" - pomyślałam.
-Nic nie chcę mówić ale mamy eliksiry ze Snapem za chwilkę i wolałabym się nie spóźnić. - odezwałam się kiedy Ron już chciał coś powiedzieć Hermionie. Cała czwórka zgodziła się ze mną i ruszyliśmy do lochów. Przed drzwiami stała już grupka uczniów, czekająca na nauczyciela. Stanęliśmy obok. Rozglądnęłam się po uczniach. Uśmiechem witałam się z ludźmi. Wtedy napotkałam zimne oczy Ślizgona. Draco Malfoy patrzył prosto na mnie z tym jego rozbawieniem na ustach.
Na szczęście lub nie, przyszedł Snape.
Nauczyciele nie dali nam spokoju. Powtarzali, że musimy się przygotowywać do testów a Snape dał już nam nawet zadanie.
-Co za stary nietoperz - westchnął Harry, kiedy wracałam z nim korytarzem.
-Ja już nie mam złudnych nadziei, że Snape nie zada nam zadania w pierwszy dzień. - chciałam ciągnąć dalej moją wypowiedź ale ktoś mi przerwał, wychodząc zza rogu.
-Patrzcie, patrzcie czyż to nie Wybraniec i nasz słodka Black. - zaszydził Malfoy a ja spojrzałam na niego wrogo.
-Zjeżdżaj Malfoy - odezwał się Harry.
-Bo co? - Malfoy zaśmiał się ze "swoimi znajomymi".
-Chodź Harry - szepnęłam i chwyciłam go za rękę, odciągając od Malfoya. Jednak Ślizgon nie dał za wygraną.
-Gdzie uciekacie gołąbeczki? Nie martw się Black, nie powiem McLaggenowi. - tego było za wiele. Miałam ochotę zedrzeć mu ten uśmieszek z twarzy. Wyciągnęłam różdżkę. Malfoy zrobił to samo.
-Drętwota! - krzyknęłam a Malfoy zablokował zaklęcie. Obserwowaliśmy bacznie przeciwnika.
-Rictusempra - tym razem Malfoy zaatakował a ja zgrabnie je zablokowałam. Uśmiechnęłam się złośliwie a on się skrzywił.
W pewnym momencie nasze różdżki wyleciały nam z dłoni. Patrzyliśmy na siebie w osłupieniu. Z cienia wyszła prof. McGonagall...
***
Witam na moim blogu. Jest to mój pierwszy blog i pierwszy raz udostępniam moje bazgroły. Piszę jak piszę dlatego proszę o wyrozumiałość a tak to życzę miłego czytania:D
Jak zawsze siadłam przy stole gryffonów z Anną, Hermioną, Harrym i Ronem. Spojrzałam na plan zajęć, który podała mi prof. McGonagall.
-Kto wymyśla te plany? - marudził Ron - Jak można wpaść na pomysł by dać Gryffonów ze Ślizgonami do jednego pomieszczenia. Ktoś ma nieźle porąbane w głowie.
-Ron, te plany są robione przez nauczycieli. - przypomniała Hermiona z poważną miną. Przewróciłam oczami, kiedy Ron przeszył Hermionę, wzrokiem. "Oni nawet w pierwszy dzień potrafią się kłócić" - pomyślałam.
-Nic nie chcę mówić ale mamy eliksiry ze Snapem za chwilkę i wolałabym się nie spóźnić. - odezwałam się kiedy Ron już chciał coś powiedzieć Hermionie. Cała czwórka zgodziła się ze mną i ruszyliśmy do lochów. Przed drzwiami stała już grupka uczniów, czekająca na nauczyciela. Stanęliśmy obok. Rozglądnęłam się po uczniach. Uśmiechem witałam się z ludźmi. Wtedy napotkałam zimne oczy Ślizgona. Draco Malfoy patrzył prosto na mnie z tym jego rozbawieniem na ustach.
Na szczęście lub nie, przyszedł Snape.
Nauczyciele nie dali nam spokoju. Powtarzali, że musimy się przygotowywać do testów a Snape dał już nam nawet zadanie.
-Co za stary nietoperz - westchnął Harry, kiedy wracałam z nim korytarzem.
-Ja już nie mam złudnych nadziei, że Snape nie zada nam zadania w pierwszy dzień. - chciałam ciągnąć dalej moją wypowiedź ale ktoś mi przerwał, wychodząc zza rogu.
-Patrzcie, patrzcie czyż to nie Wybraniec i nasz słodka Black. - zaszydził Malfoy a ja spojrzałam na niego wrogo.
-Zjeżdżaj Malfoy - odezwał się Harry.
-Bo co? - Malfoy zaśmiał się ze "swoimi znajomymi".
-Chodź Harry - szepnęłam i chwyciłam go za rękę, odciągając od Malfoya. Jednak Ślizgon nie dał za wygraną.
-Gdzie uciekacie gołąbeczki? Nie martw się Black, nie powiem McLaggenowi. - tego było za wiele. Miałam ochotę zedrzeć mu ten uśmieszek z twarzy. Wyciągnęłam różdżkę. Malfoy zrobił to samo.
-Drętwota! - krzyknęłam a Malfoy zablokował zaklęcie. Obserwowaliśmy bacznie przeciwnika.
-Rictusempra - tym razem Malfoy zaatakował a ja zgrabnie je zablokowałam. Uśmiechnęłam się złośliwie a on się skrzywił.
W pewnym momencie nasze różdżki wyleciały nam z dłoni. Patrzyliśmy na siebie w osłupieniu. Z cienia wyszła prof. McGonagall...
***
Witam na moim blogu. Jest to mój pierwszy blog i pierwszy raz udostępniam moje bazgroły. Piszę jak piszę dlatego proszę o wyrozumiałość a tak to życzę miłego czytania:D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)